„Zakręć to porządnie, bo znając życie wyleje mi się w torbie.”
Niepozorna wypowiedź nieznanej mi kobiety okazała się być ziarnkiem, z którego wykiełkowało wiele przemyśleń i wiele emocji.
Bo właściwie dlaczego, jeśli ktoś „zna życie”, to ma się po nim spodziewać wszystkiego, co najgorsze?
Czy ta kobieta, którą minąłem w drodze do przychodni, naprawdę zna życie? A jak ktoś jest optymistą, to co? Nie zna życia? A czy ktokolwiek jest na świecie, kto zna więcej niż tylko swoje życie?
Może pastor. Albo ktoś zaufany. Ale czy oni znają życia innych ludzi? Chyba tylko z tego, co ci ludzie sami opowiedzą. Ale czy ktokolwiek zwierzy się z prawdziwych przyczyn swojej niedoli? Czy człowiek w ogóle je zna?
A jaka jest przyczyna mojej własnej niedoli? Dlaczego nie mam dziewczyny? O, to jest gruby temat. Może po prostu nie byłem gotowy. Ale dlaczego pytam o to teraz, gdy zdaje mi się, że w końcu jestem?
Boże! Dlaczego uczyniłeś mnie niegotowym przez tak długi czas? Przecież wymyśliłeś mnie przed założeniem świata. I chyba wiedziałeś, że tak będzie? Czy nie?
Już teraz rozumiem, co musi czuć dziecko, któremu ktoś mówi, że jest „opóźniony w rozwoju”. Opóźniony względem czego? – Pytam. Mam na to tylko jedną odpowiedź: Opóźniony względem własnych oczekiwań.
Bo wiem, że się powtarzam, ale, Boże! Gdybym to ja planował swoje życie… gdybym to ja…
Ale wiem. Przecież wiem, że jesteś dobry, ufam Ci i wierzę w Twój plan.
Tutaj rozważanie zostało przerwane. Zbliżałem się do przychodni i nie chciałem do niej wejść w tak rozżalonym stanie. Nie zniósł bym tych emocji będąc zamknięty w czterech ścianach i suficie. Musiałem więc doprowadzić się jakoś do ładu.
W drodze powrotnej czekał mnie ciąg dalszy. Nie pamiętam, o czym wtedy pomyślałem, ale dobrze pamiętam odpowiedź:
A ty byś chciał za darmo!
I dotarło do mnie, że to, co się ze mną teraz dzieje, to nie jest dopust boży. Bóg nie zasnął. Nie ma, że „Shit happens”. Ja teraz płacę cenę za coś, co Bóg dla mnie przygotował. Nie wiem, co to jest, ale sądząc po cenie, musi to być coś naprawdę super.
I nie, to nie jest moja wina, że nie mam dziewczyny. To nie jest w ogóle wina. I to nie jest moja strata – te wszystkie lata. Podobnie jak, gdy idę do sklepu i wydaję 60 złotych na miód. To nie jest moja wina, że straciłem 60 zł. Ani moja zasługa, że mam miód. To jest transakcja. Decyzja. Wybór. Coś za coś.
Mógłbym powiedzieć: Co to za wybór, że Bóg przygotował dla mnie nie wiadomo co i nawet nie pyta o zdanie? Ale przecież ja wybrałem to życie. Zdecydowałem się na to, że Bóg kieruje moim życiem i biorę to z dobrodziejstwem inwentarza. Bo przecież to jest mój wybór, że pewnego dnia nawróciłem się i zostałem chrześcijaninem. To nie jest błąd, przypadek, ani mniejsze zło.
To jest super i wiele jest ludzi mniej szczęśliwych ode mnie. Bo każdemu czegoś brakuje. Każdy ma swoje „po coś” i „dlaczegoś”. Nie ma przypadku w tych nieszczęściach, których ludzie doświadczają.
Bo ja lubię wierzyć w bajki. Jezus zmartwychwstał – brzmi jak bajka. Ale ja właśnie to lubię. Bóg ma dla mnie dziewczynę – kolejna bajka, w którą wierzę.
Bo patrzę w przeszłość i myślę sobie: „Przyszłość będzie taka sama”. A to jest wielkie kłamstwo.
Zatem, nie żyję w świecie, w którym „Shit happens”. Nie. Żyję w świecie, który jest skrzyżowaniem kilku miliardów bajek. Niektórzy mają życie jak z Disneya. Inni Braci Grimm. 7 miliardów bajek. 7 miliardów „po coś” i „dlaczegoś”, a nie chaos przypadku.
I tak, jedna kobieta, która szła ulicą z trzema dziewczynkami, i powiedziała do jednej z nich coś, co wydawało jej się oczywiste, zmieniła moje postrzeganie świata.
I niech ktoś mi powie, że to nie jest bajka.
Newsletter!
Zapisz się aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mail.






Dodaj komentarz