Byłem na rejsie żaglówką po Mamrach i okolicznych jeziorach. Jednak zacznę nietypowo od wpisu, który znalazłem w mojej bazie. Trzymaj się czegoś. Będzie ostro.
List pożegnalny, czerwiec 2023
Piszę ten list wcześniej. Piszę go zawczasu. Jest jesień 2021 roku i zastanawiam się, co bym chciał przekazać ludziom jeśli obietnice się nie spełnią.
Słyszałem „Poczekaj”, słyszałem „Cierpliwości”. Czekam i jestem cierpliwy, ale polepszenia brak na horyzoncie.
Słyszałem „Za 2 – 3 lata”. Czekam. I jestem cierpliwy. Ale co jeśli… co jeśli za 2 – 3 lata nic się nie stanie?
Co jeśli będę tym samym żałosnym, pracującym w Solbecie człowiekiem, którym jestem teraz, tylko o dwa lata starszym?
Prosiłbym Boga o śmierć. Prosiłbym o zakończenie tego marnego życia, które do niczego nie prowadzi i jest pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Bo jeśli nie spełnią się te obietnice, które miały swój termin, to czy spełni się bezterminowe „Moje nowe marzenie”?
Powiedziałbym „Zginął. Umarł on-derelict-no, najukochańszy okruszek Boga.”
Powiedziałbym „Moje życie było bez sensu. Nic nie osiągnąłem. Nie posiadłem niczego trwałego.”
Bo co było w moim życiu dobrego? Czy to, co stworzyłem: książka, blog, kilka programów i stron internetowych, ponad setka grafik dla kościoła?
A może to, co przeżyłem? Przyjemne chwile w Pieczyskach i na kilku Odwykcampach, a także te w młodości?
Czy wartość miał obiad, który dzisiaj zjadłem – nagroda za trudy mojego życia?
Co jeśli… co jeśli to się nie spełni? Kim się wtedy okaże, że jestem? Nikim? Chorym, którego oszukała schizofrenia? Czy człowiekiem, który nie zasługuje na wstęp do Królestwa Bożego?
Po co Bóg mnie stworzył?
Moje wrażenia z Rejsu
Tak pisałem 5 lat temu. Pięć lat wieczności, która zaowocowała zmianami w priorytetach, wartościach i zrozumieniu.
A dziś? Dziś upuszczę cię w momencie, gdy dowiedziałem się o Rejsie.
Miałem sprzeczne odczucia. Z jednej strony chciałem jechać, a z drugiej nie. Jednak miałem wrażenie, że Bóg chce mnie tam widzieć. W końcu się zgłosiłem.
Przed Rejsem
Jestem zadowolony ze stanu moich emocji przed rejsem. Kiedyś bałbym się dużo bardziej i dużo wcześniej. Teraz miałem tylko kilka mrocznych chwil. Podczas jednej z nich myślałem sobie:
Nigdy więcej nie popłynę na taki rejs
Przygotowania do rejsu niby były robione na ostatnią chwilę, ale jakoś wszystkie paczki zdążyły dotrzeć.
Pierwsze spotkanie z łodzią
Było nas dziesięciu chłopa. Spakowaliśmy się w dwa samochody. Dojechaliśmy do Węgorzewa. Wszedłem do naszej żaglówki – Maxus 26 i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Czułem się tak jak wtedy, gdy miałem 17 lat i rodzice postanowili, że przeprowadzamy się z mieszkania 80 m² do 40 m².
Chrzest wiary
Rejs był organizowany przez Szamgar – Duszpasterstwo Mężczyzn. Było nas łącznie 7 żaglówek. Atrakcje były różne, od ogniska, przez spanie na dziko, po chrzest w jeziorze.
Chrzest zaczął się od tego, że zacumowaliśmy wszyscy w płytkim miejscu, dziobami do zewnątrz, tworząc niby połówkę gwiazdy. Potem chrzczony delikwent wszedł do wody, a wraz z nim większość kolegów. Następnie chrzczony został ochrzczony, czyli zanurzony w całości w wodzie. Był to najbardziej epicki chrzest jaki widziałem.
Kino na żaglu
Druga binduga, czyli spanie na dziko, odbyła się przy małej wysepce na jeziorze Stręgiel. Przewidziane było oglądanie filmu. Gdy już zainstalowano projektor, który rzucał obraz na żagiel, podłączono głośniki i komputer i włączono film, to wtedy, po minucie, przyszła jakaś pani z informacją, że ona tu przypłynęła aby mieć spokój i że mamy to wyłączyć.
Wyłączyliśmy.
Czterdziestu chłopa zrezygnowało ze swoich planów, bo jednej kobiecie to przeszkadzało. Opinie na temat tej decyzji były podzielone. Moja jest taka, że postąpiliśmy bardzo po chrześcijańsku.
Atrakcje specjalne
Tej samej nocy zachciało mi się kupę. Przed wyjazdem był to mój największy lęk – gdzie będę robić kupę. Nadszedł ten moment, gdy nie mogłem już udawać; nie mogłem okłamywać samego siebie, i wreszcie – nie mogłem dłużej czekać.
Seria szybkich decyzji: w co się ubrać? Czy założyć klapki? Gdzie się udać? W końcu założyłem piżamę i klapki i poszedłem w kierunku dużego pnia, który wskazał mi Dominik.
Nagle niemożliwe stało się możliwe. Wyjście z żaglówki w muliste dno. Przeskoczenie przez pień. Znalezienie właściwego miejsca. Wykopanie dołka. Gdy wszystko to zrobiłem, nastał moment grozy.
Nic z tego nie będzie. Odechciało mi się
Ale nie poddałem się. Ukucnąłem. Rozpocząłem operację. Od strony żaglówek płynęło spokojne uwielbienie.
Jezus. Jezus. Jezus
To jedna z tych piosenek o bardzo prostych słowach. W końcu mi się udało. Po powrocie na łódź chwaliłem się kolegom wrażeniami z mojego pierwszego w życiu srania w lesie. Trafiłem do dołka. Piżamy nie obsikałem. W nic nie wdepnąłem.
Jedzenie
Możesz się zastanawiać, co jedliśmy podczas tej wyprawy. Raz byliśmy w portowej karczmie na żeberkach. Innym razem jedliśmy lody na lądzie. Jednak większość roboty robił u nas na łodzi Dominik.
Choć zawartość lodówki oraz spiżarki była losowa, nasz kucharz zadbał, abyśmy nie porzygali się, jedząc po raz setny wariacje na temat kiełbasy, której nam przypadło kilka paczek.
Mieliśmy więc jajecznicę z kiełbasą, spaghetti bolognese z kiełbasą, bigos z kiełbasą, kiełbasę z ogniska, hot-dogi z kiełbasą. Te ostatnie to był majstersztyk pod względem smakowym i wizualnym. Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia.
Rytm dnia
Naszą podróż odmierzał codzienny rytm. Spontaniczna pobudka koło 6:30. Potem odprawa składająca się ze śpiewania, kazania i spraw organizacyjnych. Wypłynięcie do godziny 11:00.
A potem to już tylko:
– Do zwrotu przez sztag!
– Tak jest! Do zwrotu!
– Prawy foka szot luz. Lewy wybierz!
I na odwrót:
– Lewy foka szot luz. Prawy wybierz!
A łódź przechylała się w rytm tych zwrotów raz na prawą, raz na lewą burtę.
Wieczorem zbieraliśmy się wszyscy w umówionym miejscu. Było ognisko, usługi, czyli kazania Piotra Grześka, śpiewanie oraz konkursy
Żal i niedowierzanie
Nie miałem wielkich nadziei na wygranie w przeciąganiu liny. Nasza drużyna wygrała dwa razy i dwa razy przegrała. Do końca nie wiem jak to było. Organizator chyba też nie wiedział.
Zaczęło się od tego, że przynieśli linę. Tu nie było wątpliwości. Następnie narysowali sprayem linię na trawie. Dopiero po chwili ktoś z uczestników się zorientował, że muszą być trzy linie. Dorysowali.
Potem trzeba było wymyśleć, kto z kim ma tę linę przeciągać. Tutaj zaczęły się schody. Organizator sam nie wiedział, jak to ugryźć. Kolejne rundy były negocjowane przy pomocy tekstów w stylu „Ale my przed chwilą byliśmy”, „My już z nimi walczyliśmy”. A na koniec i tak nie było wiadomo, jak wygląda tabela wyników.
Swoją niekompetencję organizator chciał przykryć „dogrywką”, czyli konkurencją na umysł. Ostatniego dnia zrobił pytania z wiedzy o Mazurach i żeglowaniu.
Byłem święcie przekonany, że mamy jakieś szanse na zwycięstwo. Gdy odpowiedzieliśmy poprawnie na wszystkie 4 pytania, byłem podekscytowany.
Organizator potrzebował chwili na podsumowanie wyników. „Jest remis pomiędzy 2 a 3 miejscem” – ogłosił. Dwie drużyny zrobiły dogrywkę. A ja siedziałem jak na szpilkach, bo byłem przekonany, że zajmiemy pierwsze miejsce.
Walka o drugie miejsce została rozstrzygnięta. Wyniki ogłoszone. Jakiż był mój zawód, jakie rozczarowanie, że nie wygraliśmy. Potem się dowiedziałem, że zajęliśmy 4 miejsce. Do dziś nie wiem, po co te pytania, skoro i tak nie mieliśmy szansy na podium.
W dobrym towarzystwie
Urzekła mnie natomiast atmosfera tego rejsu. Mam na myśli codzienne czynności. Przez tydzień nie było u nas na łodzi żadnych kwasów. Nie było pretensji ani rządzenia się. Nie było wypominania ani kłótni.
Była codzienna uprzejmość i szacunek, które widziałem także u siebie. Umiałem poprosić o podanie masła. Zaproponować, że wytrę naczynia. Powiedzieć „tak” na pytanie, czy chcę herbatę. Wyjąć z torby wafelki i poczęstować załogantów.
Jestem zaskoczony i zadowolony z tego, że Bóg uznał mnie za gotowego i godnego uczestniczenia w tak wymagającym wydarzeniu z tak ogarniętymi ludźmi.
Największa porażka
Każdego dnia usługiwał nam Piotr Grzesiek. Niewiele pamiętam z jego kazań. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale jedno pamiętam. Pamiętam jak kilka lat temu byłem na jakimś męskim zjeździe. Był tam Piotr Grzesiek.
Wtedy słyszałem go po raz pierwszy. Wtedy zrobił na mnie wrażenie. Mówił o trudnych sprawach. O relacji z ojcem. O tym, żeby porozmawiać, przeprosić, wybaczyć. O relacjach z dziećmi i z żoną – jak o nie dbać. Mnie wtedy dotyczył jeden z tych tematów.
Dziś nie dotyczy mnie żaden, ale pamiętam, że jak mój ojciec chorował i wybierał się powoli na tamten świat, jeździłem z nim do szpitali, robiłem zastrzyki, nawet trochę rozmawialiśmy, ale jednej rzeczy mu nie powiedziałem.
Nie powiedziałem „wybaczam”.
Wieje, wieje wiatr
Na żaglówce szczególną uwagę należy zwrócić na wiatr. W tym celu patrzy się na wskaźnik. Za wskaźnik robił u nas sznureczek przywiązany do jednej z lin.
Cały myk polegał na tym, żeby utrzymać kurs względem wiatru. Zostałem pochwalony za to, że robiłem to dobrze. Zdziwiłem się, bo czułem się przy sterze jak idiota, który nie wie co robi. A tu jednak.
Dopiero w domu dotarło do mnie znaczenie tego wydarzenia. Bo w życiu też tak mam, że wydaje mi się, że nic nie robię. Ale trzymam kurs. Widocznie to wystarcza.
Bo wiatr wieje, jak chce. A wiatrem jest Duch Boży. Wskaźnik to Słowo Boże, a kurs jest tam, dokąd Bóg cię prowadzi.
Bóg nie potrzebuje herosów. Bóg potrzebuje posłusznych.
Ostatni dzień
Przez całą wyprawę mieliśmy naprawdę świetną pogodę. Była z resztą zapowiedziana w prognozie dla żeglarzy, którą wszyscy dostaliśmy. Patrzę tak na tą prognozę i widzę, że będzie spokojnie. Oprócz ostatniego dnia. Ten będzie mocny.
Delektowałem się więc pogodą, póki mogłem, bo wiedziałem, że w piątek będzie ekstremalnie.
Nadszedł piątek. Ten dzień. Dzień próby. Jak wyglądał?
Przede wszystkim nikt nie chciał usiąść za sterem. Tak wiało, że błąd mógł drogo kosztować. Sterował nasz sternik, doświadczony mężczyzna z patentem żeglarza.
Druga rzecz: zwroty. Siedzieliśmy na tych plastikowych siedzeniach i zapieraliśmy się nogami aby nie wpaść do wody. A potem „Do zwrotu przez sztag!” I cyk, przesiadamy się na drugą stronę. I znów staramy się nie spaść.
I tak przez cały dzień. Koledzy dobrze się bawili. Robili łodzią jakieś bezsensowne, redundantne kursy po jeziorze, podczas gdy ja już nie mogłem. Ale godzina, o której mieliśmy się spotkać w porcie, była moim ratunkiem.
Najlepsze, co mogłem zrobić
I tak przetrwałem ostatni dzień. Dzień próby. I, gdy byłem już na lądzie; gdy byłem już w domu; pomiędzy jednym bujnięciem błędnika, a drugim; gdy próbowałem się odnaleźć na teoretycznie stałym lądzie; myślałem sobie:
To było najlepsze, co mogłem zrobić.
Gdybym nie pojechał na rejs, miałbym tu tylko swoje codzienne obowiązki, od których nie stał bym się mądrzejszy. A co zobaczyłem i co przeżyłem, to moje.
Podsumowanie
Ta notka zaczęła się, nie wiadomo dlaczego, od jakiegoś mojego starego wpisu, na który wpadłem przypadkiem, gdy zabierałem się za pisanie o Rejsie.
Po co piszę, że byłem o krok od życzenia sobie śmierci? Po co piszę o tym w notce o Rejsie?
No po to właśnie, aby pokazać coś ważnego. Życie się zmienia. Miałem swoje wyobrażenia na temat tego, jak powinno wyglądać moje życie.
Pisałem, że jeśli nie dostanę tego, czego sobie życzę, to będę nikim, moje życie będzie do dupy i najlepiej byłoby, jakby Bóg je przerwał.
Jak niewiele wtedy wiedziałem…
Kiedyś zakompleksiony, nieśmiały, bierny człowiek, który nie mógł powiedzieć „podaj sól”. Dziś płynie w Rejs na żaglach. A sprawy, które wtedy wydawały mi się równie istotne, jak życie, dziś znalazły odpowiednie miejsce na mojej liście wartości.
Czy dostałem to, czego chciałem? Nie. Ale miałem dobry kurs i dopłynąłem w całkiem przyzwoite rejony. I perspektywy tu lepsze.
Co będzie w przyszłości? Nie wiem.
Ale płynę dalej!



